Przekaz Marii Magdaleny. Sekret Wewnętrznego Kielicha. cz I

przekazmariicz1

Miłowanie jest jak kwiat, rośnie z małego ziarna które potrzebuje gleby czyli głębokiej, pierwotnej potrzeby stworzenia w przestrzeni relacji, która przejawia się w świadomości dwojga osób w tym samym czasie. Można  powiedzieć, że biologiczny rytm ich ciał i potrzeba wymiany dotyku są właśnie tą pierwotną "glebą" dla miłości. Ale, aby miłowanie wzrosło potrzebuje też ciepła, serca i jego wrażliwości które są dla miłości niczym woda. Z tych dwojga czynników tworzy się to co najpiękniejsze - esencja miłości.

Jakże wiele ksiąg, wierszy i pieśni powstało o tym alchemicznym akcie, który łączy dwoje ludzi. Ale niezależnie od tego, ile zostało napisane, miłowanie nadal jest sekretem, do którego poznania dążymy i który każdy odkrywa sam dla siebie.

Ja Maria Magdalena  zgłębiałam Nauki o Miłości jako Kapłanka Świętej Alchemii Tantrycznego Przemienienia, prastarej ścieżki kultywowanej jawnie w Egipcie, a tajemnie na ziemiach, z których pochodziłam.

Jednak najprawdziwsze i najbardziej żywe doświadczenie zdobyłam jako Maria Magdalena kobieta nadzwyczajna w swojej wiedzy niedostępnej dla większości ówczesnych kobiet. Ale, przede wszystkim, Maria Magdalena - kobieta, która przyszła na świat, aby zrealizować swój los i podnieść się ku światłu na ile było to możliwe. Dopomóc zrealizować los mojego wybranka, dla którego zostałam zrodzona i wykształcona. Albowiem, nasze przeznaczenie mogło wypełnić się najpełniej tylko na wspólnej, choć niezwykle trudnej drodze.

Rodząc się w tym ciele na Ziemi nie pojmowałam na ile mój los będzie piękny, na ile trudny. Potrzebowałam wielu lat w szkole tantry, potrzebowałam wznieść się ponad poziom swoich własnych emocji i przejść przez wiele trudnych prób, w których Wszechświat sprawdzał moją gotowość do bycia Jego wybranką. O niektórych z nich będę mogła Wam wspomnieć, inne należą do ścieżki tajemnicy, która zdradzana była jedynie adeptkom świętej praktyki kobiecości na kolejnych jej etapach. I chociaż moja szkoła nie istnieje już teraz w Waszym współczesnym świecie, Izyda która jest potężną Boginią, może i umie inspirować Was do tego, abyście uświęcili swoje wewnętrzne "naczynie" do wzniesienia się ponad rzeczywistość. Te próby inspirowane przez ludzi powołanych do działań na rzecz mojego rozwoju niekiedy były niezwykle trudnym wyzwaniem spływającym na mnie w jednej chwili. Wybaczyłam za życia tym najbardziej nieświadomym, gdy zrozumiałam i poczułam, że ta agresja, która płynęła od nich była jedynie częścią tego wielkiego planu. Byli oni Narzędziem w Rękach Bóstw, kierujących mnie ku kolejnym, coraz trudniejszym zadaniom na ścieżce rozwoju.

Wiem, że i w Waszych życiach niejednokrotnie zdarzają się takie właśnie trudne lekcje. I to, co mogę Wam powiedzieć to tyle, abyście postarali się podejść do tych trudnych lekcji z miłością w sercu i z odwagą w duchu. Nie osądzajcie, spójrzcie na to z miłością. To właśnie jest to najpiękniejsze, co ja zrozumiałam z tej lekcji i co tak często podkreślał ON - Joshua mój ukochany, jedyny i Najważniejszy Mężczyzna. Ten, dla którego przyszłam na ten świat i ten, który pozostał w moim sercu na zawsze, będąc ze mną do końca mojego ziemskiego żywota. Ten, który oswoił śmierć, przeszedł przez niskie światy i wracał do mnie w swoim Uświęconym Ciele, na jawie i we śnie, jeszcze długo po tym, jak zostawił swoje ziemskie ciało.

Pamiętam jedną z tych najważniejszych i najtrudniejszych prób, jakby działa się ona wczoraj. Był gorący, suchy  dzień, szłam przez miasto z zamiarem dotarcia na bazar. Poszukiwałam owoców i mleka potrzebnych mi na ofiarę dla Moich Boskich Matek. Ludzie byli mili, choć w ich oczach wyczuwałam dystans, którym obdarzali kobiety w strojach orientalnych z aromatem drogich olejków. Pochodziłam z tej ziemi, ale tego dnia czułam się tu obca. Na szczęście, na bazarze byli i tacy, którzy życzliwie się uśmiechali i to radowało moją duszę. Czułam jak subtelne nici przepływu energii wyrywają się samoistnie z mego serca i biegną ku tym ludziom w podzięce za ich dobroć. I prawie skończyłam już robić zakupy, kiedy coś mnie poruszyło. Odwróciłam się delikatnie i kątem oka ujrzałam dwóch bogatych mężczyzn, którzy patrzyli na mnie z pogardą. Wiedziałam już, że spiskują przeciwko mnie. W tych czasach kobiety przynależne do mego kapłańskiego klanu niezbyt często pojawiały się na ulicach. A jeśli tak, to miały na sobie stroje zwyczajnych kobiet. Mój strój był zbyt drogi, kolorowy. Spod  kaptura widoczne były moje ufryzowane włosy, a kiedy płaszcz zsuwał mi się z ramion, odsłaniała się rytualna bransoleta z wężem - symbolem jednej z najważniejszych inicjacji. Nie miałam czasu, by przed pójściem na targ zakupić odpowiedni, nie wyróżniający się strój. Pierwszym i najważniejszym z mych celów po podróży było złożenie ofiary Bóstwom. Byłam kapłanką i moje powinności oraz dyscyplina jakiej nauczono mnie w Świątyni Wielkiej Matki, mówiła jasno - najpierw rytuał a potem wszystkie inne sprawy. Właśnie dlatego nie zadbałam o chroniące mnie ubranie. I dopiero teraz zorientowałam się, że z tym może być związane pewne niebezpieczeństwo. Właśnie wtedy, gdy kupowałam ostatnie kwiaty na ołtarz Bogini, ujrzałam jasny obraz tego co zamierzają zrobić Ci dwaj mężczyźni. Moje Trzecie Oko wyraźnie pokazało mi ich plan - ukamieniowanie mnie. Wiedziałam już, że są surowymi ortodoksami i nie przekonają ich żadne argumenty, na nic zda się także moja wiedza zaczerpnięta ze świętych ksiąg. Po prostu, jestem kobietą, a oni uznali mnie za niosącą zło i zagrażającą  judaistycznej, patriarchalnej tradycji. Właśnie dlatego późniejsze pisma nazywały mnie i mi podobne dziwkami. Najłatwiej było zszargać nasze imię i zniszczyć nas, by nie dopuścić świętego światła przekazu Kobiecej Linii Wielkiej Matki. Szybko kupiłam zatem ostatnie kwiaty na rytuał i pośpiesznie udałam się wąskimi uliczkami w stronę Świętej Góry, na której miałam wykonać rytuał i medytować trzy doby. Liczyłam na to jeszcze, że idąc szybko przez tłum zgubię ich, ale tak się nie stało.

Okazało się, że Ci dwaj mężczyźni mają swoich szpiegów w mieście i jeden z nich szedł za mną na tyle daleko, że się nie zorientowałam i nie zgubiłam go. Gdy wychodziłam już za bramy miasta, stojące przy nich rzymskie straże zablokowały mi przejście. Nie byłam w stanie uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Jakże wpływowymi mężczyznami było tych dwóch, skoro przekupili strażników, aby ci nie wypuścili mnie za miasto na górę, tam dokąd ciągnęło mnie moje serce i gdzie zamierzałam uczynić swój święty obrządek. Ucieczka na nic by się nie zdała, spojrzałam więc prosto w oczy jednemu ze strażników, który wyciągał dłoń ku mnie. I gdy nasze oczy się spotkały, wiedziałam już, że on nie jest temu winien, jego oczy mnie przepraszały. Poczułam, że musi on wykonać tylko polecenie. Gdy nasze oczy zetknęły się, on opuścił rękę powiedziawszy cicho: "nie będę Cię wiązać, by nie czynić sensacji. Mam świadomość, że jesteś mądrą kobietą i pójdziesz z nami sama".

Tak też uczyniłam. Śpiewając całą drogę szeptem święte pieśni, próbowałam odczytać zamysł Wielkiej Matki, która dała mi tak wielkie zadanie. Czułam i wierzyłam, że prawie niemożliwym jest, aby było tak, że za kilka godzin odejdę z tego świata. Bo nie tak czytałam własną linię przeznaczenia. Wiedziałam jednak, że jestem w jednej z najważniejszych chwil mojego życia, że właśnie teraz ważą się moje losy. I że teraz moje życie nie należy już do mnie i Tylko Niebo może mnie uratować i oszczędzić przed śmiercią i kalectwem. Wierzcie mi, to nie było łatwe. Żołnierze zachowywali się naprawdę przyzwoicie, nie czyniąc ze mnie publicznego pośmiewiska. Prowadzili mnie swobodną, bez związywania rąk, co normalnie czyni się w takim wypadku. A ja odbierałam ich myśli, zwłaszcza tego starszego rangą, który odezwał się do mnie przy bramach miasta. Nie wiedziałam jeszcze jaką lekcję szykują dla mnie Niebiosa. Modliłam się, śpiewałam, czując że właśnie teraz muszę być w maksymalnej łączności i z Niebem i z Ziemią, że właśnie teraz mam wznieść się ponad swoje lęki, emocje i strachy. Wiedząc, że nie wolno mi źle oceniać nikogo, nawet tych, którzy przyczynili się do takiego potraktowania mnie - Kobiety Kapłanki. To było wielkie wyzwanie dla mnie, mej Kapłańskiej Dumy. Dlatego śpiewając w sercu święte pieśni do Mojej Matki Izydy, starałam się być z nią w kontakcie i idąc czyściłam naczynie mocy - mój kielich przemienienia, aby jej obecność w pełni przejawiła się we mnie w tych trudnych chwilach.

A Izyda zaczęła działać. Zobaczyłam to, kiedy w trakcie naszej drogi na miejsce mego przeznaczenia żołnierz podszedł do mnie mówiąc: "nie rozumiem waszej tradycji i widzę w Twoich oczach, że nie jesteś winna, ale nic nie mogę na to poradzić, wykonuję tylko to, co mi kazano. Proszę, daj mi swój koszyk, pomogę Ci go nieść, jest ciężki. Jedynie tak mogę Cię uszanować i wyrazić swe uznanie". Spojrzałam na niego podając mu z wdzięcznością kosz i obdarowałam go tym niezwykłym, błogodajnym spojrzeniem, jakie kapłanka świętej ścieżki może dać mężczyźnie. I powiedziałam mu: "Przebaczam Ci, bo czynisz tylko swoją służbę. Widzę  pokój w Twoich oczach i piękno w Twoim sercu". A on uśmiechnął się do mnie i poczułam jak z jego twarzy spływa cały ten ciężar poczucia winy, który miał wobec mnie, a być może i innych kobiet, które wcześniej prowadził na miejsce kaźni. Wyglądał jak chłopiec, którego dusza doświadczyła oczyszczenia. Odezwał się do mnie: "Nie jesteś taka jak inne kobiety, widzę w Twoich oczach jakieś niezwykłe światło, ale ono mnie nie przeraża, bo jesteś dobra." Uśmiechnęłam się do niego raz jeszcze, a gdy moja dłoń mimowolnie otarła się o jego przedramię, jego ciało zadrżało. Tak właśnie Izyda przekazała przeze mnie temu uczciwemu żołnierzowi wielki transfer błogodajnej energii życia. Ten sam, którym kapłanki mojej linii potrafiły napełnić wybranych mężczyzn, nie używając do tego fizycznego kontaktu.

Gdy już doprowadzili mnie do miejsca, w którym odbywały się rytualne sądy, gdzie już zebrał się tłum gapiów, na czele z tymi, którzy sprowokowali tą egzekucję, zadziała się rzecz niezwykła. Dwaj żołnierze, którzy ustawiali mnie na środku placu, odeszli od moich boków, stanęli przede mną twarzą w twarz i z szacunkiem schylili głowy, składając dłonie na piersiach. Taki zwyczaj mieli Rzymianie, którzy oddawali hołd swojemu przywódcy, zanim zapalili stos całopalny z jego ciałem. W ich oczach widziałam szacunek dla mnie i dla mojej rangi, której przecież nie znali. Widziałam też zwyczajne współczucie żołnierzy, którzy nie wiedzą dlaczego oddają miejscowym kobietę na straszliwą egzekucję. Wtedy raz jeszcze spojrzałam w oczy każdego z nich, a Izyda spowodowała, że dotknęło to ich serc. Ich oczy zabłysły zrozumieniem, choć ich głowy zapewne nie pojmowały, co dokładnie się w nich dzieje. I choć trwało to chwilę, ten czas rozciągał się, tłum zaczął szemrać, nie wiedząc czemu żołnierze zachowują się tak dziwnie wobec tej, którą chcieli za chwilę ukarać. A oni jeszcze raz schylili głowy i odeszli, a zanim to się stało, w oczach tego, który przemawiał do mnie, ujrzałam łzę spływającą po jego policzku. Poczułam, jak trudno mu jest być żołnierzem, mimo że służy w zwycięskiej armii imperatora. Ale nie był to czas dobry na to, żeby koncentrować się na jego dylematach, bowiem za chwilę miały się rozegrać moje losy. Losy kobiety uznanej przez tłum za upadłą.

A więc stałam tam pośrodku sama ze sobą, skoncentrowana na Niebie i Ziemi, odczuwając tę niezwykłą przestrzeń w mym sercu, która daje mi znać, że Izyda cały czas jest przy mnie. Czułam, że ona obejmuje moje ciało. I jednym było to, a drugim moje zadziwienie i przestrach wynikający z obrotu spraw, których nie pojmowałam, a które były moim udziałem. Stałam tam pośrodku placu, w skwarze suchego dnia, narażona na palące słońce i oczy tłumu. Wiedziałam, że zbliża się czas egzekucji. Czas wydłużał się i cisza trwała i trwała, oczy tłumu były coraz bardziej złowrogie. W ich głowach zaczynały się czaić różne myśli na mój temat. Jako jasnowidząca potrafiłam odczytać te najbardziej wyraźne, atakujące moje pole energetyczne. Trudno wtedy zachować spokój w sercu, nie oceniać tych ludzi w chwili kiedy moje losy wydawały się być już prawie przesądzone. I choć nauki jakie pobrałam w świątyni, zgodne z Nurtem Nauki o Miłości mówiły wyraźnie: "zachowuj spokój i świadomość siebie nawet w trudnych chwilach, nie szukaj winy w bliźnim, nawet gdy jest Ci bardzo źle. Bądź w swoim sercu, łącz się przez nie z Niebem i z Ziemią. A Energia Izydy przepłynie przez Twe Ciało".

W tak strasznych chwilach, gdy ważą się losy, zachować tą najwyższą jakość, do której zobowiązane są Kapłanki Pramatki, jest niezwykle trudno. Czułam się bezbronna wobec agresji napastujących, ale podążałam za głosem wewnętrznego kapłańskiego przekazu, który był esencją mojego istnienia i źródłem mojej mocy, zmuszał mnie do tego, aby zostać czystą, nawet w tak trudnej sytuacji. I właśnie teraz ja, Kapłanka, kobieta samotna, oddzielona od moich świątynnych sióstr, przybywszy na Ziemię Moich przodków czekałam na to, jak rozstrzygną się moje losy. Z drugioej strony, w mojej świadomości, wydawało mi się prawie niemożliwym, abym za chwilę mogła utracić życie. Wiedziałam przecież, że Bogini nie wysłałaby mnie z misją na Ziemię przodków, tylko po to, by zaraz po przybyciu skazać mnie na śmierć. Nawet nie zdołałam wykonać rytuałów, dla których tu przybyłam. Ale patrząc realnie, właśnie teraz tak się działo - stałam pośród wrogiego tłumu, który uważał mnie za jawnogrzesznicę. I wiedziałam, że niezależnie od tego, co uczynię i powiem, ci ludzie będą chcieli na mnie rozładować swoją agresję. A teraz mieli ku temu dokładnie okazję. Publiczne egzekucje zdarzały się z rzadka i na naszych Ziemiach pełniły rolę podobną do tej, którą pełniły występy gladiatorów w rzymskich amfiteatrach. Tam też ginęli niewinni ludzie, a gawiedź bawiła się widząc ich, często skazaną od razu na przegraną, dramatyczną walkę o życie. 

Stojąc wśród tłumu, w którym rosło napięcie byłam tą inną, odmienną, nierozumianą i napiętnowaną i łatwo było mnie skazać właśnie za tą odmienność. Byłam jak barwny, malowany ptak, który jest tak egzotyczny, że wyróżnia się z tłumu przechodniów. Byłam kobietą wolną, choć tu w krainie mego dzieciństwa uważaną za wyzwoloną i nieczystą, a więc złą. Nieczystą, bo byłam wykształcona, a co gorsze  kultywowałam pradawną ścieżkę kobiecej mocy, dającą mi świadomość mego ciała i umiejętność władania mą seksualną energią. A to w moim kraju było dla kobiet zakazane, tu kobiety były matkami, żonami, wdowami, ale nie mogły sięgać po naukę, a seksualna magia stanowiła za duże zagrożenie dla tutejszych patriarchalnych duchownych. Dlatego od dawien dawna była zabroniona. Gdyby nie mój zbyt odważny i bogaty strój oraz rytualne klejnoty, ludzie nie zorientowaliby się kim jestem i mogłabym bezpiecznie odbyć swoją praktykę w świętych miejscach, dla której wykonania zostałam tu przysłana.  Zaniedbałam tak ważny szczegół i naraziłam się na zlinczowanie. Tak więc, stałam czekając na spotkanie z moim przeznaczeniem, zadziwiona, starając się utrzymać moje naczynie mocy w jak największej czystości, tak by esencja Bogini jak najpełniej przejawiała się przez moje ciało.

Tych dwóch, którzy szeptali za moimi plecami na placu targowym znów zaczęło spiskować. Czułam to, bo choć stali z tyłu, fala ich myśli biła w moją aurę bardzo silnie. Musiałam używać dużo energii miłości, szepcząc tajemne mantry i wznosząc mą moc z wewnętrznego kielicha do góry. By łączyła się z AKH, Boską Iskrą mego serca, a także wychodziła ponad mnie i manifestowała się w przestrzeni BA mojej duszy.  A chwile trwały i trwały.

Zorientowałam się, że czekamy na kogoś, kto odczyta wyrok. Stałam samotna pośród tłumu - a część mojej duszy medytowała szybując, by znaleźć pomoc u Mych Boskich Matek i Ziemskich Sióstr kapłanek. Ćwiczona w Zasadach Egipskiej Alchemii wiedziałam, że to właśnie mam robić, nie dać wybić się ze swojego wewnętrznego rytmu, zachować za wszelka cenę połączenie. Tylko wówczas Wszechświat może mnie wesprzeć, a niezależnie od rozwiązania lekcja ta nie pójdzie na marne.

I wtedy przypomniałam sobie sen, w którym widziałam jasnego mężczyznę przemawiającego do ludzi. Z Jego Ciała Ba biło światło, jego serce promieniowało jasnymi promieniami na tłum. Ten sen miałam podczas pełni, gdy dopływałam do krainy moich przodków. Zadziwiłam się tą wizją, która pojawiła się właśnie teraz, a gdzieś w oddali odczułam jak moja Ba łączy się z jego ciałem Ba. Nie potrafiłam wtedy zrozumieć dlaczego tak się dzieje, ponieważ nie miałam żadnej informacji, czy ten wyśniony mężczyzna w ogóle żyje w swoim fizycznym ciele. A szkolona w mistycznych naukach wiedziałam, że transfer energii jaki otrzymałam od niego we śnie był ważny i sam fakt snu mógł wypełnić to zadanie. Teraz jednak gdy stałam pośrodku czekając na egzekucję, a ludzie zaczęli już dzierżyć w dłoniach kamienie, teraz gdy słyszałam, że mistrz ceremonii mojej egzekucji zbliża się, moja Dusza zamiast dążyć do Boskich Matek i Mych Sióstr, łączyła się z tym człowiekiem, którego istnienia nawet nie byłam świadoma. I to zadziwiało mnie samą.

I zjawił się mistrz ceremonii. Sędziwy Mężczyzna o surowych rysach, w którego oczach widać było zimno i pogardę dla mnie, rozumianej przez niego jak ladacznicy.  Zgromadzeni ludzie wiedzieli, że teraz nie potrwa to już długo, a więc sami zaczęli przynosić na miejsce kaźni kamienie, gorączkowo czekając na to, kiedy będą mogli zacząć nimi uderzać w moje ciało. Współczułam im wiedząc, że tak naprawdę nie chodzi tutaj o mnie i moją nietolerowaną tu odmienność, przed którą przestrzega ich miejscowa tradycja. Wiedziałam, że chodzi o ich własne frustracje i agresję które mogą teraz bezkarnie wyładować. Wybrany ze Starszyzny zaczął przygotowywać się do przeczytania mi wyroku. A ja poczułam jak mój wewnętrzny kielich zaczyna tętnić i pulsować i wirować we mnie tak silnie, że moje ciało prawie się kołysze. Mogłam tylko domyślić się że moje ciało, umysł i dusza przygotowują się do doświadczenia bólu i starają się maksymalnie zjednoczyć, abym godnie przeszła przez te upokarzającą ceremonię. Wszystko we mnie zaczęło wirować tak szybko, że nie mogłam świadomie objąć tego dziejącego się na trzech planach podziemnym, fizycznym i Niebiańskim procesu dopełnienia.

Spuściłam więc oczy, aby móc zintegrować ten wewnętrzny proces, oddychałam alchemicznie, by wzmocnić swoją aurę i przejawiać pełnię, na ile mogłam i potrafiłam. I wtedy Mistrz Egzekucji wystąpił przed tłum i zwrócił się do mnie. Wiedziałam, że w zasadzie nie  liczy się teraz, czy coś powiem czy nie. Bo on i tak będzie dążył do tego, aby mnie upokorzyć i zabić. I im bardziej przejawię swą mądrość, tym ostrzejsze staną się jego słowa. Tak więc postanowiłam koncentrować się głównie na moim wewnętrznym procesie, starając się wyciągać mądrość z najtrudniejszego egzaminu, przed którym postawiło mnie Niebo.

Kimże jesteś jawnogrzesznico i czemu odwiedziłaś nasze miasto? - zapytał Starzec.

Odparłam - jestem kapłanką i przybyłam tu na Ziemię moich przodków, by oddać cześć prastarej tradycji Bogini w miejscach jej dawnego kultu.

- Kobieto, wiesz, że na tej Ziemi istnieje inna tradycja, a takie jak Ty nie mogą kalać naszych świętych miejsc. Nierządnice nie czynią świętych obrządków przeznaczonych dla mężczyzn

.

shutterstock

 

Jego słowa mówione donośnie, apodyktycznie z wyższością i z pogardą były jak sztylety. Wtedy podniosłam oczy i spojrzałam mu w Twarz mówiąc ze spokojem: "Czynię tylko swoją powinność na ścieżce Bogini. Na te słowa tłum wzburzył się i pojawiły się pojedyncze szepty: jak ona śmie?! Starzec z wyższością stwierdził: "według prawa i naszej tradycji, jako jawnogrzesznica zostaniesz ukamieniowana, by dać przykład wszystkim, że takie jak Ty, nigdy nie mogą przekraczać granicy naszego miasta i naszych ziem, by wodzić na pokuszenie naszych mężczyzn, mamiąc ich swym złudnym czarem. Twoje szczątki zostaną wyrzucone za bramy miasta, by mogły się nimi pożywić dzikie zwierzęta. Taki los spotyka każdą kobietę, która odchodzi od naszej tradycji i śmie zajmować się nierządem. Niech to będzie przestrogą dla wszystkich tu zgromadzonych."

Wypowiadał wyrok patrząc mi prosto w oczy, bez skrupułów skazując mnie na śmierć. W jego oczach nawet na moment nie pojawił się cień niepewności, a w głosie nie usłyszałam zawahania. Był absolutnie przekonany, co do potrzeby ukarania mnie, a ja wiedziałam, że musiałby stać się cud, by ktoś taki zawahał się w swoim osądzie. Ale cud nie nastąpił.

I teraz stało się to najgorsze, ludzie zaczynali przynosić coraz więcej kamieni, a każdy z nich dzierżył już jeden w swej ręce. Starałam się nie dopuszczać do siebie przerażenia, ale upadłam na kolana, dotknęłam swym trzecim okiem Ziemię mych przodków i ucałowałam ją ustami. Wykonałam kilka rytualnych gestów wznosząc dłonie ku świętym Matkom, na czele z Izydą, w której kulcie zostałam nauczona. Moje usta zaczęły same nucić świętą pieśń przemienienia, jaką Kapłanka winna śpiewać w tak ostatecznej dla niej chwili. I choć z oczu zaczęły płynąć mi łzy, serce było spokojne. Płakałam, bo nie zdążyłam wykonać swojej misji, dla której powróciłam na ziemię przodków. Płakałam, bo nie mogłam złożyć kwiatów na świętej Górze Mych Pramatek, wznieść dla nich wina. I jedyne co mogłam, to wznieść teraz do nich wewnętrzną energię mojego Kielicha, zintegrować ją z cząstką AKH, mym ciałem Ka i BA, co właśnie czyniłam, wypełniając swój los. I kiedy tak czas rozciągał się, a chwile trwały i trwały, poczułam jak Moc Pramatki  przepływa przez moje aury i wypełnia błogością moje serce. Ujrzałam przodkinie  tworzące ochronny krąg nad moją głową i poczułam łączące się ze mną siostrzane kapłanki z mojej świątyni. Czas stanął w miejscu i wydawał się trwać, choć tłum nastrajał się do wykonania egzekucji, a zgromadzona wokół mnie starszyzna zaczęła wykonywać swój obrządek, jaki zwykle czyni się przed ukamieniowaniem. I choć słyszałam co robią, nie widziałam ich będąc w świadomej łączności z Izydą, Pramatkami i moimi ziemskimi siostrami ze świątyni.

I wtedy poruszył mnie szum, sądziłam że ktoś chce przebić się przez coraz większy tłum zgromadzonych na egzekucji. Nie bardzo mnie to teraz obchodziło, bo trwałam w swojej pieśni, modlitwie i synchronii. I tylko na krańcach mojej aury poczułam jakieś miłe i przyjazne poruszenia, ale pomyślałam, że być może przyszli tu także dobrzy ludzie, którzy mimo okrutnej tradycji współczują mi takiego zakończenia mojego losu.

Ku mojemu zdumieniu szum nasilał się, a otaczająca mnie ciepła energia rosła, choć nie była to energia Wielkiej Matki. Nadal trwając w swojej ostatniej głębokiej medytacji, nie otwierałam oczu, by nie rozpraszać swojej energii zewnętrznymi bodźcami. Tłum wyciszył się, a ja za swoimi plecami poczułam, że napierająca na mnie ciemna energia Starszyzny i tych którzy rzucali na mnie oskarżenia, rozprasza się. I wtedy usłyszałam głos kobiety: "on tu przyszedł, wspomóż mnie proszę o Panie". Ale ten ktoś nie odezwał się do kobiety, najwyraźniej  obserwując to, co dzieje się ze mną i czekając na kolejną część egzekucji.

- Mistrzu - usłyszałam wypowiadany z szacunkiem, graniczący z zachwytem głos mężczyzny - cieszymy się, że przyszedłeś do nas. Czekaliśmy na Ciebie.

Ale owy Mistrz nie odezwał się do mężczyzny, choć poczułam, że fala przyjaznego ciepła płynie miedzy tymi dwoma.

I  znów zapadła cisza, najwyraźniej czekano aż przemówi. A ja nadal klęcząc w modlitwie ze wzniesionymi do góry dłońmi, śpiewałam swoje pieśni w sercu, nie otwierając oczu.

I wtedy ON przemówił - Kimże jesteście, że chcecie ukarać tą Niewiastę?

Po tych słowach wiedziałam, że człowiek ten ma inny sposób myślenia niż miejscowi, a spokój z którym wypowiada słowa mówi o tym, że jest uczony w piśmie i medytacji.

Wtedy on rzekł - Ktokolwiek z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem.

A tłum uciszył się i zaczął szeptać, nie wiedząc co zrobić. Jego słowa zadziałały jak magia, usłyszałam kroki ludzi, którzy zaczęli odchodzić z miejsca kaźni. Niektórzy stali przy Owym Mistrzu, próbując prosić go o to, aby spełnił ich potrzeby.

Ten, który odczytał mój wyrok, próbował jeszcze mówić o tym, że to stara tradycja, że tak należy czynić z nierządnicami. Ale nikt z tłumu już go nie słuchał. Ludzie odłożyli kamienie, a ja struchlała siadłam na ziemi obejmując swoje ciało. I wyrażając wdzięczność Niebiosom za ocalenie mi życia w tak trudnej i w zasadzie beznadziejnej sytuacji.

Wtedy to poczułam, że on podchodzi do mnie. Czułam go, gdy się zbliżył kilka metrów do mnie, moja aura zaczęła się rozpraszać, aby jego energia mogła mnie dotknąć swoją błogością. A mieszkające w sercu Ciało AKH wysłało swój promień do jego serca tworząc w ten sposób przestrzeń miłości.

Słyszałam te miękkie kroki jego sandałów, które dotykały mamy Ziemi, tak jak czynią to w pełni zestrojone z nią zwierzęta. Czułam tą błogość która powoli docierała do mojego serca, a Przodkinie, które cały czas tworzyły ochronny krąg nad moją głową, zaczęły się do mnie uśmiechać. Zadziwiło mnie to, bo niegdyś nie widziałam ich tak radosnych.

I wtedy On uklęknął przede mną na kolano i dotknął delikatnie mojego ramienia. A ja, nie gotowa jeszcze do tego, aby spojrzeć mu w oczy siedziałam tak, obejmując skulona swoje ciało, a on rąbkiem swojej szaty otarł łzy z moich policzków. Był tak blisko, że poczułam jego kojący oddech. Wtedy On dotknął mojej dłoni i poczułam niezwykłą energię, jakiej nigdy jeszcze nie doświadczyłam w kontakcie z mężczyzną, a nawet z moją świątynną Matką.

Do mojego serca natychmiast dotarło ukojenie, a On delikatnie głaskał moją dłoń, a ja wiedziałam, że patrzy na mnie. I wiedziałam, że patrzy z wielką miłością. Choć byłam inna dla wszystkich, on patrzył na mnie jak na kapłankę, oddając mi szacunek. Myślałam wtedy - kimże jest ten, który stanął ponad rozsierdzonym tłumem i sprawił, że uniknęłam śmierci. A ponieważ wszystko działo się tak szybko, a ja próbowałam zintegrować naruszone egzekucją pole energii, nadal oddychałam trwając w tym stanie z zamkniętymi oczami.

Wtedy On ujął delikatnie, ale i stanowczo mój nadgarstek mówiąc: a teraz możesz już wstać Mario Magdaleno, jesteś wolna. Drugą ręką delikatnie mnie objął i pomógł mi wstać.

 

chan001

 

Otworzyłam oczy i nasze spojrzenia spotkały się. Przede mną stał  urodziwy mężczyzna o długich włosach i brodzie, która była popularna wśród miejscowych. Na sobie miał białą, skromną szatę. Jego ciało było mocne, męskie, delikatne i gibkie zarazem. A dłonie miały długie, palce typowe dla dłoni uzdrowicieli. Ale najpiękniejsze było to, co widziałam w jego oczach. Bo  przez nie płynęła czysta niebiańska miłość, a przepływ ten był tak ogromny i zauważalny, że moje ciało AKH rozszerzyło się, a czakra serca zaczęła wirować. Jej płatki zaczęły trzepotać niczym skrzydła motyla, wprawiając mnie w radość. Nasze spojrzenia przenikały w głąb nas i naszych dusz, łącząc się w pierwotnej mądrości w jakiej mogą dopełnić się mężczyzna i kobieta. I choć nie stało się między nami nic takiego, co mogłoby na razie nas połączyć, nasze ciała Ka i Ba szły ku sobie tak, że oboje byliśmy świadomi tego procesu. Potwierdzenie dostrzegłam w jego oczach, które uśmiechały się do mnie, a zaraz potem uczyniły to jego usta.

I wtedy mój wewnętrzny kielich znów zaczął się otwierać, tak jak kwiat do słońca, a ja poczułam to wyraźnie, moje ciało pulsowało. Ja zaś oddechem musiałam z trudem opanowywać samorzutne wiry energii.

I choć byłam kapłanką uczoną w Alchemii przemiany Energii stałam tu przed NIM - Ja Maria Magdalena, kobieta tak odarta ze swej czci podczas egzekucji i tak uznana i wywyższona przez TEGO NIEZWYKŁEGO CZŁOWIEKA , KTÓREGO MIEJSCOWI NAZYWALI RABII.

I gdy tak nasze spojrzenia dotykały się zaglądając coraz to głębiej wewnątrz naszych duchowych jestestw, z mojego serca do jego serca popłynął promień miłości. To wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że to jest ON, ten którego postać pojawiła się w moim śnie, gdy płynęłam do swej ojczyzny. Ten którego głos we śnie był tak mądry, ale jednocześnie kojący, że ludzie klękali przed nim prosząc o uzdrowienie, które wielu z nich otrzymywało.

A gdy w szacunku skłoniłam przed nim głowę i kolana dziękując mu za uratowanie życia, on ponownie objął moje ręce podnosząc mnie z kolan, jakby czuł się nie godzien do przyjmowania hołdu kobiety, kapłanki Izydy. A ja zrozumiałam, że jest on Prawdziwym Mistrzem, bo w czasie spotkania moim oczom ukazała się pełnia barw, jakimi manifestuje się aura Wielkich. I słowa nie były już potrzebne, bo wszystko czego mnie uczono, o tym w jaki sposób rozpoznać właśnie tak wielką jakość w człowieku, zobaczyłam w jego postaci Jednocześnie tak Ludzkiej i Tak Boskiej.

Jego Aury mieniły się pełną tęczową poświatą, ich blask świecił na wiele metrów, a nad głową kształtowała się przepiękna, złota aureola promieniejąca rozbłyskującymi niczym gwiazdy promieniami. A gdy spojrzałam swoimi jasnowidzącymi oczami, między jego piersiami dostrzegłam promieniujące światło serca, które goreje niczym ogień, który tworzy tańczące ze sobą trzy promienie: złoty, niebieski i różowy. Zaś w czakrze jego duszy przejawiły mi się świecące na złoto tajemne symbole, których znaczenia nie umiałam odczytać, ponieważ spisane były bardzo starym i nie znanym mi językiem. Patrząc na nie domyślałam się, że są one spisane jednym z trzech języków Boga, a wówczas w mojej głowie pojawił się Głos Mojej Boskiej Matki który powiedział: to jest ten, który przyszedł, by Otworzyć Wrota Światłu.

Wdzięczna za tę podpowiedź, pochyliłam oczy do dołu, jak miałam to w zwyczaju, gdy wyrażałam wdzięczność Niebu.

I kiedy moja uwaga koncentrowała się na moim własnym sercu, nazywany Rabim, ujął moją prawą dłoń pomiędzy swoje dłonie i choć ledwo mnie dotykał, przez moje ciało przebiegł wspaniale kojący strumień błogości, który wił się powoli, ale wyraźnie, niczym leniwa rzeka płynąc przez moją dłoń, ramię aż do serca, by rozprzestrzenić się na całym obszarze mojego ziemskiego ciała. A błogość ta narastała i z każdym oddechem było jej coraz więcej, aż dotarła ponad czubek mojej głowy i do palców u stóp.

Wówczas, uświadomiwszy sobie całą niezwykłość naszego spotkania, pojęłam w pełni, że moja podróż tu, do Krainy przodków i wszystkie jej kolejne etapy łącznie z publicznym linczowaniem i próbą mojego ukamieniowania były tylko częścią jednej wielkiej lekcji, wielkiego egzaminu, jaki postawiło przede mną Niebo. Jedną z tajemnych prób, jakim poddaje się od wieków kapłanki i kapłanów ze Szkół Lewego i Prawego Oka Horusa, które choć są niezwykle trudne, to jeśli przejdzie się je właściwie, trwale zmieniają Linię Przeznaczenia, często też wynosząc człowieka na wyższy poziom wibracyjny. A spotkanie z Mężczyzną, który uratował mi życie, gdy wisiało ono na włosku, jest właśnie świadectwem tego, że wiara czyni Cuda. Albowiem całkowicie zawierzyłam i przyjęłam swój los, a moje serce nie ulękło się i zostałam uratowana właśnie przez Niego.

Jednakże właśnie w tej długo trwającej chwili, nie bardzo umiałam snuć takie rozważania, ponieważ ciepło i Błogość płynąca z Dłoni Tegoż Niezwykłego Mistrza były dla mnie tak czułe, tkliwe i obejmujące, że mogłam tylko ponownie spojrzeć w jego głębokie i mądre oczy, które uśmiechnęły się do mnie, patrząc na mnie z pełną akceptacją, jakiej potrzebuje każda kobieta.

I wtedy zapytałam go - kimże jesteś Ty, który uratowałeś moje życie?

- Zwą mnie Joshua - Mario Magdaleno.

- Skąd znasz moje imię, Joshua?

- Miałem sen, który zwiastował mi, w noc przed naszym tu spotkaniem, przyjazd niezwykłej kobiety, którą będzie mi dane poznać. Gdy  zobaczyłem Cię na placu Kaźni, moje serce powiedziało, że to ty jesteś nią, Marią Magdaleną, Kapłanką.

- Tak Rabii, przybyłam tu prosto z mojej świątyni, niedługo po tym jak zakończyła się moja edukacja. Zgodnie z zasadą Mojej Linii Przekazu, trzeba mi było powrócić na Ziemię moich przodków, by oddać  hołd Kapłankom Przodkiniom, których Duchy zasiedlają tutejsze pradawne miejsca kultu. I właśnie zbierałam wszystko, co potrzebne jest dla tego obrządku, kiedy miejscowi zapragnęli mnie ukarać. Teraz mogę już tylko Dziękować Boskim Matkom i moim Przodkiniom, że zesłały na moją drogę Ciebie Wybawco.

- Zaiste niezwykłe są plany Nieba - powiedział Joshua, kłaniając się i podnosząc moją dłoń do Swojego Trzeciego Oka i przyklękając przede mną. To uzmysłowiło mi, że Także i On pobierał nauki w Tajemnych Bractwach Horusa, gdzie zwyczajem mężczyzny było właśnie takie powitanie z Kapłanką. I wtedy wszystko stało się jasne. Poczułam, że Ten mężczyzna postawiony został przede mną przez Niebo nie tylko jako Wybawca. I choć nie znałam jeszcze zamysłów Nieba czułam, że nasze linie przeznaczenia spotkały się właśnie dziś po to, by wypełnić nieznany mi jeszcze Boski Plan.

A Mój Wewnętrzny Kielich po raz kolejny otworzył się we mnie dla Niego w podzięce.

I choć czułam, że za chwilę nasze drogi rozejdą się, w jego oczach widziałam ten piękny blask, jaki napełniał mą kobiecość głęboką miłością. I  niosąc ten obraz w sobie pożegnałam się z Joshuą, by wyruszyć na Świętą Górę Przodkiń, aby dopełnić  swoich  kapłańskich powinności, dla których tu przyjechałam. Wiedziałam, że jest Prawdziwym Duchowym  Mistrzem, nie musiałam mu niczego tłumaczyć, jego serce doskonale czuło i rozumiało moją ścieżkę. To ułatwiło nam pożegnanie.

Przekazuję Wam tą część mojej historii, tak bardzo zmienionej przez Patriarchów, którym z różnych powodów zależało, aby zataić tą wielką prawdę mojej misji i posłannictwa. Mogę wam tylko opowiedzieć to, co opowiedziałam. I niechaj Wasze serca zdecydują, czy ta moja prawda do Was przemówi.

Kiedy w życiu kobiety pojawia się taka postać jak ON, Rabii, jej serce czuje to, co poczuło moje. Wszystkie inne prawdy, których dotychczas się uczyła, stają się mniej istotne, bo jej serce czuje, że spotkało tego jedynego. I jeśli, wy Kobiety, właśnie w takiej chwili zachowacie uważność, zaobserwujecie w swoim ciele wirujący ruch energii, poczujecie że wasz Wewnętrzny Kielich otwiera się na Niego. I dzieje się to znacznie wcześniej niż pomiędzy wami dojdzie do jakiegokolwiek fizycznego zbliżenia. Stąd właśnie moja dla Was opowieść.

Dlatego tak ważne jest, by kobieta była w kontakcie ze sobą, ze swoim wnętrzem. Nie musisz być Kapłanką jak ja. Ważne abyś czuła z jakiej części do Ciebie wypływa sygnał biegnący do niego, tego który stanął na Twojej ścieżce, tak jak na mojej Yoshua. I nawet jeśli Ty jesteś normalną kobietą, a on zwykłym mężczyzną, jeśli jest w was gotowość dla spotkania w miłości, ona przejawi się w was. Potrzebujesz być tylko świadoma, że to kobiecość wykonuje pierwszy ruch, to ona Otwiera Męskość na działanie. To ona ją wabi lub zamyka się w swej przestrzeni, jeśli poczuje że to nie ten. To Ty jesteś Kapłanką waszej wspólnej drogi. Bo to kobiecość wybiera męskość, z którą zatańczy odwieczny taniec życia, aktywując dla niego Sekret Swojego Wewnętrznego Kielicha.

chan008

Przekaz Marii Magdaleny spisała Wioletta Ewa Tuchowska - WELLA
Skierniewice 6-11.02.2013 r.
Zapisz się na newsletter aby otrzymywać najnowsze informacje.